niedziela, 25 marca 2012

Be right back!


Drodzy czytelnicy!

Wybaczcie nam chwilową zadyszkę, ale Orxaterię tworzą tylko dwie - ostatnio bardzo zapracowane - osoby. Nadchodzący tydzień to czas odpoczynku, ale od przyszłego weekendu ruszamy dalej. Dziękujemy za wyrozumiałość, a na pocieszenie linkujemy fragmenty wideo-relacji [dzień 1., dzień 2.] z festiwalu Vive Latino.

Orxateria

poniedziałek, 19 marca 2012

Joven y Alocada OST



Dziwnie pisać o ścieżce dźwiękowej do filmu, którego się nie widziało, ale pewne rzeczy po prostu nie mogą czekać. Na przykład odpowiedź na pytanie: co się stanie gdy kobieta zażyje Viagrę?

Reklamy i trailer obrazu Marialy Rivas (nagroda za najlepszy zagraniczny scenariusz na tegorocznym festiwalu w Sundance) zapowiadają obrazoburstwo, które u nas skończyłaby się pocięciem filmowej taśmy dyżurną biało-czerwoną szabelką. Jesteśmy jednak w biało-czerwono-niebieskim Chile, więc i granice szersze i muzyka lepsza. Film, w którym Javiera Mena jest nie tylko "taperką", ale także bohaterką to dla nas niezwykle miła niespodzianka. Mena - odpowiedzialna za jedne z najlepszych płyt ubiegłej dekady (cudowny debiut "Esquemas juveniles" z 2006 roku i godna kontynuacja "Mena" w 2010) - okazała się bowiem być także sensacją ubiegłorocznej Primavery i sympatyczną rozmówczynią, która dzięki Komedzie wie, że Krzysztof to polskie imię, nie rosyjskie nazwisko. Samo użycie piosenek Chilijki w filmie przydaje mu niewątpliwie artystycznej wartości, a jeśli dodamy do tego rolę plus dwa premierowe covery spokojnie możemy mówić o jednym z audio-wizualnych wydarzeń roku w świecie iberopopu. 

Zacznijmy więc od tych właśnie numerów - pierwszy, lepszy (nie pierwszy lepszy!) to nowa wersja utworu Amiga Mía Jorge Gonzaleza. Perwersyjna atrakcyjność wokalu Chilijki była jej wielkim atutem już od czasu występów w zespole Prissa, w jej karierze nie było chyba jednak utworu, który pozwalałby jej tak otwarcie grać erotyzmem emisji. Rozpoczynająca całość melorecytacja to z jednej strony zmysłowość absolutna, z drugiej odpowiedź na pytanie, które artystka zadała ostatnio za pośrednictwem Twittera, a mianowicie: co się stanie, kiedy kobieta zażyje Viagrę? Zupełnie inaczej sprawa wygląda z coverem numer dwa. Nah de nah - nowa wersja klasycznego Non, je ne regrette rien Edith Piaf przenosi słuchacza z seksownego mikrokosmosu na mansunowskie wide open space, a ciągnący się przez cały czas trwania utworu efekt echa wielkiej hali tylko podkreśla jego nową przestrzenność. W jednym i drugim przypadku mamy jednak do czynienia z coverami bezwzględnie udanymi, a więc takimi, które zachowując ścisłą łączność z oryginałem przeszczepiają go jednocześnie na grunt zupełnie nowej i bardzo osobistej stylistyki.


Jeśli chodzi o pozostałą część tego rozległego (31 utworów) soundtracku to - wbrew okładce - sprawy nie wyglądają już tak różowo. "Joven y Alocada" to pstrokata i niejednorodna (gatunkowo i jakościowo) panorama współczesnego chilijskiego popu. Mamy więc dużo dobra (Gepe, płytowe numery Meny, przebojowe Me Gusta la Noche Adrianigual, tytułowy utwór z płyty Fakuty, Los Adolescentes Dënver) i sporo dźwiękowych paprochów nieudolnie kopiujących przejrzałe europejskie czy północnoamerykańskie nurty (latino-rapowanie, "męskie" gitarowe granie itp.). Ciekawą część płyty stanowią natomiast dwa kawałki Sofii Oportot - otwierający płytę, pościelowo-naiwny Dos Chicas oraz - przede wszystkim - Señal - przeróbka (bardzo płodnego jak się okazuje, patrz: Girl Crisis) utworu Ace of Base. Tutejsze The Sign to wielki sukces Oportot, która coverując piosenkę tak wbitą w świadomość świadków lat 90. ubiegłego wieku puszcza do nas oko, ale jednocześnie nie zamienia swojej wersji w tani pastisz nadając jej (głównie lolitowatym wokalem) kuszącą lekkość.

Dziwnie pisać o ścieżce dźwiękowej do filmu, którego się nie widziało, ale pewne rzeczy po prostu nie mogą czekać. Dziwnie słuchać muzyki filmowej bez obrazu, ale w oczekiwaniu na dostęp do taśm bezwstydnej prawdy warto oddać się kilku fantastycznym piosenkom z tej bardzo nierównej składanki.



JOVEN Y ALOCADA - (Młoda i szalona) - reżyserski debiut Marialy Rivas nagrodzony na tegorocznym festiwalu w Sundance nagrodą za najlepszy scenariusz zagraniczny.

piątek, 16 marca 2012

Capullo - Testigos del fin del mundo






Długogrający debiut zespołu z Aguascalientes jest zbyt dobry, by go nie słuchać, lecz zbyt długi, by słuchać go w całości.

Dobra debiutancka EPka jest zazwyczaj zapowiedzią średniego debiutanckiego longpleja. Syndrom wystrzelania się z pomysłów to zjawisko niezwykle częste, lecz jego negatyw (średnia EPka - dobra płyta) nie stanowi już muzycznej reguły. Tym bardziej cieszą więc sytuacje, kiedy to, co najlepsze debiutanci chowają na the morning after.

Muzycy meksykańskiego trio Capullo (znaczenie pierwsze - kokon, pączek rośliny, znaczenie drugie - debil, kretyn) swój pierwszy materiał wydali już w 2009 roku witając się z szerszą publicznością kilkoma niezłymi utworami zawartymi na Informática Romántica Para Avanzados (Romantyczna informatyka dla zaawansowanych). Jednak dopiero tegoroczne Testigos del fin del mundo (Świadkowie końca świata) pokazuje prawdziwy potencjał zespołu, którego stylistykę słusznie określa się mianem band-next-door, nie tylko dlatego, że 2/3 grupy to rodzina. Amatorskość Testigos... szczęśliwie wiąże się ze stylem, nie jakością kompozycji i wykonania. W związku z tym, że podstawę stanowi tu muzyczna, ofmontrealowska zabawa i programowa kpina taka - charakteryzująca się grubym, pikselowym ziarnem starych platformówek i tanim kwikiem syntezatora - metoda sprawdza się jako siła napędowa większości zawartych na płycie piosenek. Dźwiękowa i liryczna niepoważność stanowi ich niewątpliwą - jednostkową - zaletę, która jako cecha całego kompletu okazuje się być jednocześnie męczącą wadą, jak zbyt długi żart, który bawi zdecydowanie mniej niż wtrącana raz na jakiś czas cięta riposta. To właśnie miałkie, przydługie wypełniacze zupełnie niepotrzebnie wytracają prędkość, jakiej album nabiera w swych najlepszych momentach.



Tych bawiących w pojedynkę i napędzających całość lokomotyw jest tu jednak na szczęście sporo. Już instrumentalny, oparty na motywie z Siedmiu wspaniałych, otwieracz cieszy nawiązując chociażby do bardzo udanych openerów The Go! Team czy Dënver. Klimatycznie bliskie muzyce chilijskiego duetu (Diane Keaton z "Música, Gramática,Gimnasia"!) jest też drugie na płycie La marea - utwór czarujący syntezatorowym ciepłem i imponującymi akcjami ze zmianą tempa akcentowanymi słownymi kaskadami wokalu. Filmowo-klawiszowa kameralność piosenek pierwszej linii okazuje się jednak jedynie pre-tekstem do singlowego Pretextos, które pełni tu rolę, jaką na debiucie MGMT odegrał utwór Kids, opierając się zresztą na podobnie (nazwijmy to) niemiejskim motywie. Podobnie chwytliwego hitu próżno szukać na stronie B, ale i na niej czeka nas sporo przyjemnej łobuzerki spod znaku spokojniejszego CSS. Uroczym efektem przeskakującego winyla łaszą się Quedaté i świetne, zamykające całość La Nueva Configuración z jednym z najbardziej prześladujących refrenów ostatnich miesięcy. Bardzo udane jest też A quién amas en realidad es a mí, numer z Lido Pimientą - zasłużenie zyskującą popularność, mieszkającą w Kanadzie Kolumbijką odpowiedzialną z jednej strony za poruszające Luces, z drugiej za TEN teledysk.

Jeśli wspomniane w pierwszych zdaniach przedwczesne obnażenie uznamy za regularny błąd debiutantów, za podobne uchybienie musimy uznać także debiut, który leżakuje zbyt długo. Być może to właśnie czas, który minął od wydania EPki sprawił, że muzycy Capullo za bardzo związali się z utworami, które należałoby wykroić dla dobra płytowej całości. Metamuzyczne teoretyzowanie jest jednak w recenzji Testigos... wyjątkowo nie na miejscu, skorzystajmy więc z opcji wyboru odtwarzanych piosenek i czerpmy przyjemność z bycia nausznymi świadkami tego atrakcyjnego debiutu, który jako kolejny album ratuje świat muzycznej zabawy przed kabareciarskim efekciarstwem, przesuwajac tym samym jego koniec w rejony nieokreślonej przyszłości. End of the world? Fine!

 7 8/9 
edit: Wspólnie z jedną z członkiń Capullo stwierdziliśmy, że wystawiona przez nas ocena jest zdecydowanie zbyt niska.




CAPULLO - trio z meksykańskiego Aguascalientes. Wybrana dyskografia: Informática romántica para avanzados (2010), Testigos del fin del mundo (2012). Płyta do pobrania tutaj.

środa, 14 marca 2012

Pegasvs - rozmowa



[Wywiad ukazał się w dzienniku El País, tekst: Miqui Otero]

Pegasvs nie jest waszym pierwszym wspólnym projektem, styl waszej nowej muzyki jest jednak zupełnie inny. Fascynuje mnie stawianie na konkretny koncept - to tak jakby hodować stworzenie, obserwować je z boku, karmić i opiekować się nim, jednocześnie odrzucając idee dźwiękowe, które do niego nie pasują…

Sergio: Zamiast iść do studia i grać na gitarach chcieliśmy zrobić coś nowego zaczynając od zera i używając rupieci, które mieliśmy w domu. Zmienił się więc nie tylko styl naszej muzyki, ale także sam proces jej powstawania, w Pegasvsie nie ma miejsca na brzdąkanie na mandolinie.

Wasz album jest efektem podróży po Asturii, sam w sobie także stanowi wyprawę. Kiedy zdaliście sobie sprawę, że chcecie nagrać coś takiego? Czego słuchaliście w samochodzie?

Już jadąc na wakacje mieliśmy pewną ideę. Wzięliśmy sprzęt i dużo graliśmy dążąc do wyprofilowania dźwięku. W aucie słuchaliśmy "Pet Sounds", ale też Derribos Arias i kilku innych rzeczy. Do Barcelony wróciliśmy z La Melodía del Afilador i paroma pomysłami.

Czy właśnie wtedy przyszła wam do głowy nazwa zespołu? W Barcelonie istnieje już zespół o takiej nazwie, nie zapisywanej jednak przez "v".

Nie wiedzieliśmy o tym, ale tak, nazwa powstała podczas podróży. Noce były ciemne, mogliśmy więc oglądać konstelacje gwiazd, a Pegasus wyjątkowo nam się podobał. Wyraża siłę i wolność, a ponadto odnosi się do starożytności - epoki, która bardzo nas inspiruje. 

Astrologia inspiruje was również w bardziej przyziemnym, komicznym aspekcie. Gdy ostatnio się widzieliśmy mówiliście, że to będzie wielki tydzień - po pierwsze ukaże się płyta, a po drugie Esperanza Gracia (popularna wróżka - przyp. tłum.) umieściła wasze znaki zodiaku na pierwszym i drugim miejscu w rankingu znaków tygodnia. Muszę przyznać, że niczym fetyszystę fascynują mnie palce Esperanzy Gracii!

(śmiech) Tak, historia z Esperanzą jest prawdziwa. W niedzielę jedliśmy razem podwieczorek, a w jakimś tandetnym programie telewizyjnym Gracia umieściła nasze znaki na samem szczycie listy.


Widziałem cię grającego okultystyczny punk z Thelemáticos, bluegrass z Sad Believers i naśmiewającego się z techno z grupą Crepus. Jak udaje ci się łączyć chłodniejsze style z tymi bardziej naturalnymi, żywiołowymi?

Cóż, każdy styl ma swoje reguły. Może tego nie słychać, ale Thelemáticos też czerpie z bluegrass, szczególnie jeśli o chodzi o sposób grania, styl Pegasvsa to natomiast muzyka elektroniczna - razem tworzymy utwory i od razu je nagrywamy. Luciana i ja od dawna gramy w bardzo różnych zespołach. 

Oj tak, jesteś przecież jednym z bohaterów kultowej książki o scenie punk w Twoim miasteczku…

Tak, książka nazywa się "Navia Caótica" (Chaotyczna Navia; Navia - miasto w Asturii - przyp. tłum.) i opowiada historię rocka na zachodzie Asturii. Prawda jest taka, że byliśmy tam dość wyizolowani. To właśnie dlatego wszystko, co związane z hardcorem przeżyliśmy na swój osobisty sposób. Pozostaliśmy na etapie "zrób to sam" nie docierając do modnych koszulek. Śpiewaliśmy na rynku, co prowadziło do awantur, ale wzbudzało też pozytywne emocje i sprawiało, że niektórzy chcieli do nas dołączyć. To zabawne, bo nawet dziś w mieście można jeszcze usłyszeć te piosenki. Było miło, ale w końcu zdecydowałem się wyjechać z Asturii.

Na scenie muzycznej działa już kilka dążących do krautowego brzmienia zespołów, których muzyka nie jest jednak podobna. Nie chodzi tu o przyklejanie etykiety, ale jeśli posłuchać zespołów Lüger czy Klaus & Kinski słychać nie tylko różną wrażliwość, ale również zbieżne echa tego właśnie stylu.

Zawsze słuchaliśmy po trochu wszystkiego, ale to niekoniecznie przekłada się na to co robimy. Tak, przerobiliśmy gruntownie twórczość La Düsseldorf i Neu, ale w momencie nagrywania płyty słuchaliśmy między innymi Broadcast i płyt nie mających żadnego związku z krautrockiem. Ponadto nie mamy zamiaru wskrzeszać tego gatunku, nie sądzę też, by było to zamiarem Lüger czy Klaus & Kinski. Czerpaliśmy z krautrocka pomysły, ale nie ograniczaliśmy się do niego. Jeśli chodzi o dzisiejszą sytuacją jest podobnie - żyjemy po prostu w bardzo konkretnym momencie. Musimy zerwać z egoistyczną mentalnością, która nam wpajano i sami nabrać świadomości, kim tak naprawdę jesteśmy.

Jednak wasze teksty opierają się najczęściej na hipnotycznym zestawieniu kilku słów.

Nie chcieliśmy pisać długich, jednoznacznych tekstów. Każdy z utworów ma swoją konkretną inspirację, ale wolimy zostawić słuchaczom wolność interpretacji.

Muzyka Pegasvs brzmi jak przyszłość wyciągnięta z przeszłości, jak retroprzyszłość. Jaką rolę w dźwiękach, które tworzycie odgrywają instrumenty, które je tworzą?

Są bardzo ważne dla naszego brzmienia i tego, co gramy. Ich używanie nie jest formą scenicznego fetyszyzmu, magnetofon i stół mikserski służą nam po prostu jako dodatkowy instrument.

A teraz coś kompletnie (no, może prawie) nieoczekiwanego. Stańmy razem na progu świata waszych inspiracji, a jednocześnie wejdźmy do domu, w którym komponujecie. Odpowiadajcie, proszę, po kolei: książka, płyta, przedmiot, program telewizyjny, film.

Książka: Sergio - Carl Schmitt - "Pojęcie polityki", Luciana - Ian McEwan - "The Comfort of Strangers" (pol. tytuł: "Ukojenie").
Płyta: Sergio - Wendy Carlos, Benjamin Folkman - "Switched-On Bach", Luciana - Pixies - "Doolittle".
Przedmiot: Sergio - robot kuchenny Thermomix, Luciana - krzesło typu Paryż.
Program telewizyjny: Sergio - Saber y ganar, Luciana - La noche temática.
Film: Sergio - "La Patagonia rebelde", Luciana - "Ojciec chrzestny".



PEGASVS - barceloński duet synth-techno-dream-progressive-popowy. Wybrana dyskografia: Pegasvs (2012, Canada Editorial). Płyta do przesłuchania na stronach Rockdelux i do kupienia w iTunes za 2,99 euro! Winyl - 10 euro (+ 3,50 za przesyłkę do Polski).

poniedziałek, 12 marca 2012

Sour Pop Records Primavera 2012



Wiosenny sampler Sour Pop doskonale wpisuje się w nasze wyobrażenie latynoskiej wiosny. A dokładniej - jego pierwsza, udana część.

Primavera 2012 to króciutka (9 piosenek, niewiele ponad 27 minut) dźwiękowa ulotka niezależnej wytwórni Sour Pop Records. Króciutka, a jednak zbyt długa, bo o ile strona A (numery od 1 do 5) muska nasze uszy lekkim, schematycznym, ale bardzo przyjemnym południowoamerykańskim graniem, to strona B (która drogę z iTunes do kosza przebyła w tempie ekspresowym) w te same - rozpieszczone już i bezbronne - uszy wlewa cztery nieprzyjemne, ciężkawe podróbki. Całość jest zresztą bardzo zgrabnym przykładem różnicy między słyszalną inspiracją przekutą w dobry numer, a nieudolnym i nieudanym kserowaniem manier i motywów. Wszystkie utwory na Sour Pop Records Primavera 2012 wyraźnie odnoszą się do określonych muzycznych tradycji, co więcej - twórczości konkretnych, bardziej popularnych zespołów. Najsłabszy z mocnej piątki otwieracz (Suave As Hell - Tiger In A Cage) to kolejny przedstawiciel gładkiego radiowego popu, przyjemny szaraczek bez cech dystynktywnych z western-akcentem. Zdecydowanie ciekawiej wypada kolejna trójka. Próbka numer dwa to nawiązujące do Beach House (a może bardziej do nawiązującego do Beach House duetu Granit?) Asuntos Internos (barwa wchodzącego wokalu na wysokości dziesiątej sekundy i drgająca zgaszona gitara w okolicach piętnastej - czy są pytania?), pod numerem trzy Fleet Foxes spotykają Devendrę Banharta, a podkład czwórki to b-side z Tiersenowskiej ścieżki do Amelii. Najlepiej w całej drużynie prezentuje się jednak center w postaci Lo Que Nadie Ve - przypudrowany i rozmarzony utwór grupy Hey Chica! z Guadalajary. Niby nic, ale jak tu nie lubić piosenki, która komputerowe głośniki zamienia w otwarte na wiosnę okna.




 SOUR POP RECORDS - działająca od 2000 roku wytwórnia płytowa z Mexico City. 

 HEY CHICA! - sami o sobie: "Hey Chica! z Guadalajary to zespół wierny indie-popowi. Słodkie głosy i akordy dziewcząt kontrastują z punkowo-garażowymi rytmami chłopców."

piątek, 9 marca 2012

Pegasvs - Pegasvs




Barcelona umacnia się na pozycji europejskiej stolicy muzyki. Dziś punktuje już jednak czymś więcej niż "tylko" ilością koncertów, kultową już Primaverą czy muzycznym wymiarem swojej kosmopolitycznej natury.

Minęły już ponad dwa miesiące 2012 roku, a w świecie muzyki interesującej nie wydarzyło się prawie nic ciekawego. Owo "prawie" pojawia się w poprzednim zdaniu praktycznie wyłącznie dzięki świetnym płytom wydanym przez artystów ze stolicy Katalonii. Pierwsza to bardzo dobre i medialnie głośne "fIN" Johna Talabota, druga - medialnie i dźwiękowo cicha, ale niewątpliwie piękna EPka duetu Granit (o obu wydawnictwach przeczytacie tutaj), trzecia to wspaniały długogrający debiut grupy Pegasvs. 

Kto kryje się za tą nazwą? Dziennikarz barcelońskiego magazynu Rockdelux pisze: to "mężczyzna, kobieta i dwie maszyny", od razu dodaje jednak, że Sergio i Luciana nie są postaciami całkowicie anonimowymi. Rate Your Music informuje zainteresowanych, że Sergio Pérez García ("rozchwytywany producent") i Luciana Della Villa występowali już razem w Anticonceptivas i Thelemáticos (więcej nt. zespołu w przewodniku - El Guincho w archiwum LTB). Biograficzno-muzyczne podłoże duetu jest więc na pewno ciekawe, o wiele ciekawsza wydaje się jednak ich najnowsza twórczość. Obietnicę złożoną znanymi wcześniej, krążącymi w sieci El Final de la Noche (wideo) czy La Melodía del Afilador z pewnością można bowiem uznać za spełnioną.

Muzyka barcelońskiego zespołu określana bywa różnie. W swojej entuzjastycznej (dawno już w Clubie Fonograma nie sięgano po takie noty!) recenzji Carlos Reyes opisuje ją jako "pop progresywny". Rockdelux pisze o "analogowym techno-popie", w centrum tego określenia stawiając raczej tradycyjnie pojmowaną "technologię" (krautrock, a później retropop a'la Tubeway Army) niż "techno" jako gatunek wyrosły z elektronicznej muzyki house powstającej w Detroit, w połowie lat 80. ubiegłego wieku. Określenie "techno pop" przywodzi jednak na myśl nie tylko chwytliwe piosenki grane na maszynach, ale także - jeśli znów cofniemy się w czasie o niecałe trzydzieści lat - Techno Pop zespołu Kraftwerk. Utwór, który trafił w 1986 roku na płytę "Electric Café" (dopiero w 2009 wydaną pod oryginalnym tytułem - "Techno Pop) z jednej strony definiuje tytułowy gatunek (mechaniczne rytmy i odgłosy, pętle, ale jednocześnie operowanie melodyjnym, popowym motywem), z drugiej wpisuje do historii muzyki znane słowa: "music non stop, techno pop" (nie, KENT nie byli pierwsi). 


Ten kraftwerkowski slogan świetnie pasuje do tego, co dzieje się na "Pegasvs" w ciągu trzydziestu pięciu minut (i piętnastu sekund), które mijają tak szybko, że wymagają wręcz od słuchacza wielokrotnego użycia funkcji "repeat". Tak bowiem brzmi muzyka, która nie ma (i nie powinna mieć) końca, to stwierdzenie doprowadza nas z kolei do trzeciego rodzaju popowości tego materiału -  słyszalnego już w pierwszych sekundach otwieracza dream popu spod znaku przestrzenności brzmienia Cocteau Twins (połowo lat osiemdziesiątych, witaj ponownie!) bóstw shoegaze'u - My Bloody Valentine, ale także duetu The Raveonettes z okresu najlepszego w ich dyskografii "Lust Lust Lust" (ewidentny przykład to kapitalne, przypominające Dead Sound Atlántico). Rozmarzony charakter zawartych tu kompozycji nie zawsze jest jednak śnieniem pogodnym i lekkim. Najlepszy przykład stanowi bardzo niemieckie (Kraftwerk, Can, Neu!, berliński Bowie) No Volverá, przypominające dokonania Aniki, właśnie dlatego, że zaszczepia ona w swoich coverach ten ciemny, krautrockowy, mechaniczno-urbanistyczny pierwiastek. W każdym z przypadków synth-crescenda, o których pisze Reyes tworzą jednak na "Pegasvs" struktury bardzo udane - raz napędzane parą trans-Europe-ekspresu, raz rozmarzone jak Galaxie 500 i Mazzy Star, zawsze skupiające się natomiast na trzymaniu ręki na syntetycznym, ale jakże autentycznym pulsie buchającej pod instrumentalnymi pasażami melodyjności. To płyta zarazem niebiańsko jasna i miejsko ciemna, album energetyzujący, a równocześnie kojący, debiut, który z niesłychaną gracją spaja przeciwległe bieguny muzycznych uniesień.

 9 



PEGASVS - barceloński duet synth-techno-dream-progressive-popowy. Wybrana dyskografia: Pegasvs (2012, Canada Editorial). Płyta do przesłuchania na stronach Rockdelux i do kupienia w iTunes za 2,99 euro! Winyl - 10 euro (+ 3,50 za przesyłkę do Polski).

czwartek, 8 marca 2012

John Talabot - rozmowa (II)











John Talabot: Nie jestem i nie chcę być standardem niczego - cz. II
[część I do przeczytania tutaj]

[wywiad ukazał się w dzienniku El País, Tekst: Daniel Verdú Palay]

W trakcie układania tych muzycznych puzzli Talabot (lub Oriol, a może obaj naraz?) zaczął uczyć się gry na pianinie. Do dziś jego muzyka opiera się bowiem na instynkcie, słuchu, ale też samokształceniu. Jemu - czy może raczej jego byłej narzeczonej, która sprezentowała mu lekcje - wydało się dobrym pomysłem sprawdzić, co tak naprawdę leży u podstaw jego artystycznego impulsu. "Korepetycje z pianina zbiegły się w czasie z nagrywaniem płyty, dlatego nie mogłem odrabiać zadawanych mi przez prowadzącą prac domowych. Płaciliśmy jej za naukę, a ona się obrażała! Zdobyłem co prawda trochę podstawowej wiedzy z zakresu nut i muzyki, czasami lepiej jednak mieć bardziej dziewiczy stan umysłu. To, co uważam za swoją słabą stronę to wąsko rozumiane melodie i przejścia między nimi, ale to nie na nich opiera się na szczęście moja muzyka. Nie chcę grać jazzu. Oczywiście bardzo chciałbym potrafić to robić, ale w momencie, w którym się wtedy znalazłem tylko mnie to rozpraszało."

Dbałość o dźwięk przekłada się także na dbałość o wizualną stronę projektu. Od samego początku Talabot wolał zakrywać swoją twarz pozując do zdjęć promocyjnych i tych trafiających do prasy. Także to stało się pożywką dla legendy osnutej wokół pytania: Kim może być ten chłopak? "Moja twarz nie jest tak interesująca. Wolę, żeby obraz był bardziej atrakcyjny i artystyczny niż żeby przedstawiał faceta siedzącego w barze. Nigdy jednak nie ukrywałem się podczas występów za konsoletą, nie nakładałem też żadnej maski. Nie jestem osobą, która miałaby problem z ukrywaniem tożsamości, chciałem po prostu, by projekt bronił się swoją muzyczną stroną. Ludzie często chcą wiedzieć zbyt wiele. Piszą recenzję płyty skupiając się na opisywaniu artysty i jego wcześniejszej działalności. Kontekst staje się ważniejszy i przesłania muzykę. Ukrycie twarzy było sposobem na samoobronę, który jednocześnie sprawił, że całość stała się bardziej atrakcyjna. To taki wybór artystyczny jak każdy inny."

Nowa tożsamość Riveroli powstała na zgliszczach D.a.r.y.l.a - jego wcześniejszego alter ego, z którym niegdyś odnosił sukcesy, ale które teraz świadomie uśmierca. "Kiedy zaczynasz miksować i tworzyć muzykę wiesz, że chcesz podążać w określonym kierunku, ale nie udaje ci się odszukać drogi, która do niego prowadzi. Jako D.a.r.y.l. musiałem w końcu zrozumieć, że nie jestem zadowolony, ponieważ nie mogę znaleźć sposobu na wyrażenie tego kim jestem za pomocą dźwięków. Nie miałem mistrza czy nauczyciela, który mógłby mi pomóc, musiałem więc na własną rękę starać się dojść do pojęcia samego siebie. Porzuciłem na jakiś czas komponowanie i zacząłem pracę w wytwórni płytowej. Mniej więcej po roku powróciłem do pracy z samplerem ze zgromadzoną w międzyczasie kolekcją dziwnych nagrań. Zaprezentowałem je koledze, który powiedział: Teraz, kiedy słucham tej muzyki, to jesteś ty. W końcu odnalazłem coś osobistego, własnego, postanowiłem więc zrobić kolejny krok - nagrałem nowe utwory, nadałem całości nazwę, którą już od dawna chodziła mi po głowie [nazwę mojej starej szkoły] i wrzuciłem to wszystko na Myspace'a."

Dziś Talabot zabiera stworzone przez siebie piosenki w trasę. Koncerty, które rozpoczną się w maju grać będzie razem z obdarzonym niezwykłym talentem Pionalem - swoim przyjacielem i kolegą z wytwórni [Permanent Vacation - przyp. tłum.] (warto dodać, że Talabot posiada też własny label - Hivern Discs), który towarzyszy mu w dwóch utworach na "fIN". "Ostatnio scena elektroniczna bardzo się wzmocniła. Ludzie, którzy jeszcze niedawno usiedliby do pianina, dziś wybierają syntezator. To całkowita zmiana sytuacji. Dziś wiele osób, które studiowały w konserwatorium - chociażby James Blake czy Nicolas Jaar - zajmują się właśnie elektroniką. Zacierają się granice, które moim zdaniem powinny były zniknąć już dawno temu. Dziewięćdziesiąt procent popu produkuje się przy użyciu elektronicznych środków. Stawianie barier po prostu straciło sens."



JOHN TALABOT (1982) - właściwie Oriol Riverola - barceloński muzyk, DJ, producent, współzałożyciel wytwórni Hivern Discs. Wybrana dyskografia: jako D.A.R.Y.L. - Goxokis E.P. (2006)., jako John Talabot - My Old School EP (2009), Families EP (2011), fIN (2012). Gatunki (za RYM): Balearic Beat, Tech House, Microhouse, Deep House.


wtorek, 6 marca 2012

Protistas - Granada



Istnieją dowody na to, że protisty żyły na Ziemi już 600 milionów lat temu. Pomysł na granie prezentowany przez chilijskich Protistas również nie należy do najmłodszych, ale tu nie chodzi przecież o odkrywanie Ameryki. Raczej o odkrywanie jej muzycznych talentów.

Okazuje się, że Granada była piosenką dnia Louder Than Bombs na kilka dni przed swoją radiową premierą, o czym poinformowali nas sami zainteresowani (czytaj: dziękujemy, ale do poniedziałku musimy schować nasz numer). Nowy tydzień przynosi jednak i piosenkę i teledysk promujący płytę, która ma się ukazać już niebawem.

Nakręcony w Patagonii (Puertas Varas, Ensenada i Santiago) klip, mimo że chilijski, fabularnie i poetycko nawiązuje raczej do filmowych tradycji Meksyku. Dziecięce zabawy z bronią i podskórne napięcie natychmiast wywołują skojarzenia z kinem Iñárritu (Babel !), a kręcone z ręki tory i czarna pomarszczona woda łączą wideo z obrazami Carlosa Reygadasa. 

Jeśli chodzi o warstwę czysto muzyczną - Granada z wielką łatwością zaspokaja potrzebę dobrego, chwytliwego refrenu dodatkowo zaopatrując słuchacza w pozorny tylko dysonans, który po chwili okazuje się być wyjątkowo udanym kontrastem. Pisząc parę dni temu, że utwór łączy w sobie "szorstkość garażowej struktury i wokalną melancholię pod duchowym patronatem Elliotta Smitha" nie wiedzieliśmy jeszcze, że Chilijczycy zupełnie nie kryją się z tą jakże słyszalną inspiracją (utwór Elliott Smith). Dziś nie wiemy natomiast, czy jest to ich pomysł na całą płytę, a jeśli tak, to jak ta formuła sprawdzi się na dłuższym dystansie. Cokolwiek by się jednak nie okazało - singla mają znakomitego.






PROTISTAS - chilijski zespół gitarowy (więcej o grupie przy okazji premiery nowej płyty). Wybrana dyskografia: Nortinas War (2010), Granada (singiel, 2012).

niedziela, 4 marca 2012

John Talabot - rozmowa (I)












Zaczynamy przekornie, od wywiadu z Johnem Talabotem - barcelońskim muzykiem, który twierdzi, że tworzone dźwięki umieszcza poza czasem i granicami państw, ale który swoimi utworami wpisuje się jednak w niezwykle bogaty i różnorodny charakter ibero-indie. Życzymy miłej i pożywnej lektury!

[wywiad ukazał się w dzienniku El País, Tekst: Daniel Verdú Palay]


John Talabot: Nie jestem i nie chcę być standardem niczego - cz. I

Barcelończyk John Talabot opowiada o procesie powstawania i sukcesie swojego debiutanckiego albumu “fIN”.



Oriol Riverola - mózg projektu John Talabot - miesiącami chodził po ulicach Barcelony słuchając fragmentów swoich studyjnych nagrań i jednocześnie notując w bloczku żółtych karteczek swojego iPhone’a odnalezione błędy i plany zmian. Przesłuchiwane wycinki zawierały tekstury powstałe w wyniku precyzyjnego połączenia dźwięków syntezatora, samplera, automatu perkusyjnego i komputera. Artysta opowiada, że doszedł do momentu, w którym sam ze sobą rozmawiał o pracy nad płytą. Taka dyskusja - w przypadku zespołów odbywająca się między wszystkimi jego członkami - w przypadku samotnego producenta okazałą się być debatą schizofreniczną, w której nie istnieje kategoria konsensusu, a wszystko zmienia się z dnia na dzień jak w kalejdoskopie. Tym bardziej jeśli jest się samotnikiem-perfekcjonistą. “Po roku zacząłem wariować” mówi Riverola, który w pewnym momencie poczuł, że musi zamknąć ten etap pracy. Nabrał więc powietrza, westchnął ciężko, a stan emocjonalny, który tym westchnieniem wyraził stał się tytułem jego nowego dzieła - “fIN” (koniec).


Efekt? Cytując recenzję naczelnego jednej z muzycznych gazet, które ukazały się w zeszłym tygodniu: “Ostatnio czułem się tak dumny z bycia Hiszpanem, kiedy Iniesta strzelił na mundialu [2010 - przyp. tłum.] zwycięskiego gola.” I nawet jeśli jest to wypowiedź przesadzona, poruszenie wywołane przez Barcelończyka faktycznie nabrało wymiaru światowego. Mimo tego, że mamy dopiero luty [artykuł ukazał się 20.02] niektórzy euforyczni słuchacze już dziś nazwali “fIN” albumem roku. “Grałem koncerty w Australii, kiedy zaczęły napływać do mnie wiadomości - płyta zbierała dobre recenzje, a ja zupełnie się tego nie spodziewałem” wspomina Talabot w telefonicznej rozmowie z El País. Jednak odkąd Riverola (już jako Talabot, a nie jak niegdyś - D.a.r.y.l) zaczął wydawać EPki o bardziej klubowym charakterze spadła na niego lawina oczekiwań na sukces.



Presja? “Być może faktycznie odczuwałem medialne ciśnienie, ale dotyczyło to mediów hiszpańskich, nie międzynarodowych. W Hiszpanii nie mamy tylu artystów grających muzykę elektroniczną, natomiast chęć, by taka scena powstała jest niewątpliwie duża. Dziennikarze, którzy chcą ją promować jednocześnie wystawiają cię na pewne niebezpieczeństwo. Takie starania należy doceniać, ale ja nie jestem przyzwyczajony do bycia poddawanym ocenie, szczególnie przez osoby, które nie mają zwyczaju słuchać tego typu muzyki i nie mają pojęcia jak przyjąć te dźwięki. Mogłoby się wydawać, że “fIN” to płyta dla każdej publiczności (świadczy o tym m.in. recenzja na Pitchforku), takie stwierdzenie jest jednak błędne. “Nie stałem się i nie chcę być standardem niczego w moim kraju tylko dlatego, że mojej muzyki słucha się także poza jego granicami. Robię swoje i nie czuję się w żadnym względzie reprezentantem Hiszpanii.”






Faktycznie, płyta stanowiąca wymuskane, rozgrywające się poza czasem ćwiczenie z zakresu muzyki elektronicznej, z założenia nie jest albumem dla szerokiego grona odbiorców. Próżno oczekiwać od niej singli i hitów, ponieważ jak mówi sam autor: “Nie chciałem, aby odciągały one uwagę od konceptu całości. Pod tym względem jest to płyta skromna.” Ten charakteryzujący “fIN” bezczas należy traktować jako duże osiągnięcie Talabota - dzięki niemu album nie brzmi bowiem ani jak muzyka retro ani jak krążek współczesny czy futurystyczny. Właśnie to - na tle trendów produkcji muzyki elektronicznej - jest czymś niezwykłym i odważnym. To jak odnajdowanie form klasycznych w tradycji zbyt młodej, by była zdolna w ogóle je wykształcić. Z jednej strony jest to płyta z rytmami stworzonymi do tańca, z drugiej nie jest jednak przeznaczona do grania w klubie. Koncept-album, ale nie ze względu na dźwięki, nie podążający ścieżką Four Tet czy Caribou, a więc oparty nie na wielkim wysiłku i ciężkiej pracy, ale raczej na szczęśliwych zbiegach okoliczności przytrafiających się komuś z odpowiednim talentem.

“Wiedziałem jak powinien brzmieć album, którego sam chciałbym słuchać. Nie chciałem żeby był taneczny, bo tego typu płyt nie puszczam sobie w domu. Wyznaczyłem sobie jasne zasady. Rozwinąłem pomysły przeznaczone do wykorzystania na EPkach i usiłowałem nadać im brzmienie, które nie zdradzałoby automatycznie czasu, w którym powstały.” “fIN” wydaje się być inne od wszystkiego dookoła, także od tego, co wcześniej nagrywał sam Riverola. Same utwory na płycie różnią się także między sobą, całość cechuje jednak duża spójność. “Ostatnio najbardziej nagradzane albumy stanowią tak naprawdę odpowiedź na jeden koncept, są tworzone z tych samych elementów, dźwięków i hałasów. Jaskrawy przykład to płyta Jamesa Blake’a, na której pierwszy i ostatni kawałek brzmią zupełnie tak samo. Blake używa tego samego syntezatora we wszystkich piosenkach, które opiera na tych samych akordach i odgłosach. Nie wiem o co w tym chodzi - wyprodukował je wszystkie z marszu, czy co?! Ja tworzyłem swoją płytę przez rok i nadal, choć każdy utwór jest inny (w niektórych pojawia się syntezator i automat perkusyjny, inne opierają się tylko na dźwiękach samplera), nie wydaje mi się ona ogromnie zróżnicowana. Mimo to nigdy nie wiesz, co usłyszysz za chwilę, a właśnie za tym tęsknie w muzyce najbardziej.


Druga część wywiadu ukaże się na łamach Orxaterii w ciągu kilku dni. Zapraszamy.

ARCHIWUM LTB

W archiwum LTB zamieszczamy (ważniejsze) wpisy z Louder Than Bombs w całości poświęcone artystom z państw leżących w centrum zainteresowania Orxaterii. Po audycje, recenzje wielu płyt (w tym ibero/latino), relacje z wszystkich naszych madryckich/barcelońskich koncertów, festiwalowe sprawozdania (m.in. z Benicassim i Primavery od 2008 roku) itp. itd. zapraszamy na Louder Than Bombs (tagi, archiwum, wyszukiwarka + tzw. szczęśliwy traf). 







Javiera Mena po raz pierwszy na LTB (reszta licznych wystąpień - tag: javiera mena)


Dënver po raz pierwszy na LTB (reszta? patrz: tagi)